PRZYGODA SIÓDMA - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Wróciłem do Bagdadu nie bez przykrego poczucia samotności. Zazwyczaj widok wuja Tarabuka po długiej niebytności w domu sprawiał mi przyjemność. Od czasu jednak gdy wuj Tarabuk odmienił swą postać pod wpływem i namową Chińczyka, nie mogłem już na jego widok doznawać uczuć rodzinnych. Nie wydawał mi się po dawnemu wujem, lecz dziwacznym potworem. Na domiar złego nie pozbyłem się moich obaw i podejrzeń. Wciąż jeszcze tkwiła mi w głowie nieznośna i uparta myśl, że wuj pragnie jeszcze za życia przedrukować swe utwory na powierzchni mego ciała.

Niespokojnie i nieufnie wszedłem do pałacu.

Wuj Tarabuk powitał mię radośnie. Chińczyk, który stał tuż obok niego, skłonił mi się życzliwie.

- Drogi mój Sindbadzie! - zawołał wuj. - Cieszę się, że wracasz zdrów i wesół. Wiedz o tym, że dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem uroczystym. Pamiętasz chyba, że w czasie ostatniego twego pobytu w Bagdadzie plecy moje nie były jeszcze uświetnione żadnym drukiem. Miałem właśnie w pomyśle cudowny poemat i czekałem na jego wykonanie. Ukończyłem go właśnie wczoraj, a dzisiaj mój przyjaciel, Chińczyk, wydrukował mi go na plecach. Upajam się tą myślą, że mam na plecach prawdziwe arcydzieło, wspaniały poemat pt. Naprzód. Jest to utwór buńczuczny, czupurny, zawadiacki i zuchwały! Utwór pełen wykrzykników. Utwór wzbierający męstwem i odwagą! Mam go na plecach! Wprawdzie skazany jestem na to, iż nigdy własnymi oczyma nie będę go mógł odczytać, lecz mój chiński przyjaciel co dzień z rana odczytuje mi głośno ów poemat.

Chińczyk uśmiechnął się i z lekka poklepał wuja po plecach. Stwierdziłem z zadowoleniem, że wuj zapomniał jakoś o przekazanym mi prawie przedruku, a w każdym razie nie poruszał tej drażliwej sprawy.

Zmęczony długą podróżą, udałem się wkrótce na spoczynek. Nazajutrz wuj spytał mnie, czy tym razem wręczyłem jego wiersz. jakiejkolwiek królewnie.

- Przebacz mi, wuju, moje karygodne zapomnienie - zawołałem nieco zawstydzony. - Miałem tyle kłopotów i nieszczęść, że zapomniałem zupełnie o swej obietnicy.

- Widzę, że nie mogę polegać na tobie - odpowiedział wuj Tarabuk. - Każesz mi zbyt długo czekać na sposobność, a tymczasem starzeję się z dniem każdym i boję się owej chwili, gdy piękna królewna, oczarowana moim wierszem, dozna poniekąd zawodu, ujrzawszy samego autora zbyt leciwego i zbyt wiekowego. Zamiast mię nazwać swym mężem, nazwie starym dziadem. Postanowiłem tedy wyruszyć w podróż razem z tobą. Uczony Chińczyk będzie nam towarzyszył. Chciałbym to uczynić jak najprędzej. Kiedy zamierzasz opuścić Bagdad?

- Jestem gotów odjechać choćby dziś jeszcze - odrzekłem. - Żądza podróży stała się moim nałogiem. W Bagdadzie nie widuję nikogo prócz ciebie i Chińczyka. Tam zaś, w krajach nieznanych, oglądam takie dziwy i cuda, o jakich wy obydwaj nie macie pojęcia. Wszystko tam jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

- A więc skierujemy bieg okrętu wprost ku baśni! - zawołał

z zapałem wuj Tarabuk. - Poślubię najpiękniejszą królewnę i zostanę królem zaklętej wyspy. Co myślisz o tym, Sindbadzie?

- Myślę, że królowanie na wyspie zaklętej byłoby dla wuja najodpowiedniejszym zajęciem.

- Siadłbym sobie na tronie i nic bym nie robił, jeno bym królował i królował! Pomyśl tylko: poeta na tronie! Co za cudowny zbieg okoliczności! Od czasu do czasu mój Chińczyk wobec zgromadzonego narodu odczytywałby na głos z mych pleców poemat pt. Naprzód, a piękna królewna, oczarowana moim poematem, mdlałaby ze wzruszenia i prosiłaby obecnych: "Nie cućcie mnie i nie pozbawiajcie zemdlenia, bo chcę zemdleniem uczcić poemat mego męża Tarabuka!" Co myślisz o tym, Sindbadzie?

- Myślę, że obecność wuja na wyspie zaklętej jest konieczna i niezbędna.

- A więc jutro opuszczamy Bagdad! - zawyrokował wuj głosem stanowczym.

Stanowczość wuja bardzo mi się podobała. Obawiałem się tylko, że dziwaczny jego wygląd zbudzi pewne podejrzenia w mieszkańcach wysp zaklętych. Może właśnie z tego powodu miałem noc bardzo niespokojną.

Przyśnił mi się, jak zazwyczaj, Diabeł Morski. Drwiąco patrzył na mnie swymi ślepiami i śmiał się do rozpuku.

- Czemu się śmiejesz? - spytałem.

- Śmieję się dlatego, że mi jest wesoło, a jest mi wesoło z tej przyczyny, że wuj Tarabuk wybrał się nareszcie w podróż. Właśnie jego tylko osoby brakowało na wyspach zaklętych!

- Nie obrażaj mego wuja! - zawołałem. - Jest on w każdym razie poetą.

- Nie lubię go - odpowiedział Diabeł Morski - jest on za nudny i za śmieszny. Lubię za to ciebie, Sindbadzie, bo chętnie zwiedzasz kraje nieznane i masz duszę pełną rozmaitych baśni. Pozwól, że na dowód przyjaźni uścisnę cię z całych sił!

Zanim zdołałem cośkolwiek odpowiedzieć, Diabeł Morski przedzierzgnął się w olbrzymiego węża, który jednym skokiem rzucił mi się na piersi i oplótł mą szyję swym zimnym cielskiem. Chciałem krzyknąć, lecz nie mogłem, gdyż wąż dławił mi gardło swym uściskiem. Daremnie się przez sen miotałem i jęczałem, wąż przez noc całą trzymał mię w swym uścisku. Nad ranem dopiero zniknął w chwili, gdym się zaczął budzić. Zbudziłem się, zmęczony potwornym uściskiem węża. Wuj Tarabuk stał już nade mną i potrząsał moją dłoń, aby mnie zbudzić:

- Wstawaj prędzej! - wołał - Jedziemy! Już czas! Przetarłem oczy.

- Jedziemy! - powtórzył wuj. - Już od godziny budzę ciebie i dobudzić się nie mogę. Jęczysz i stękasz przez sen, jakby ci się przyśniła kara cielesna. Wstawaj! Nie mamy ani chwili czasu do stracenia. Wyobrażam sobie, z jaką niecierpliwością zaklęta królewna wyczekuje mego przyjazdu! Im prędzej z nią się spotkam, tym lepiej dla niej i dla mnie. Jedziemy natychmiast!

Pomimo zmęczenia żwawo wstałem z łóżka.

Trzy rumaki czekały już na podwórzu.

Wesoło wskoczyliśmy na ich grzbiety i pokłusowaliśmy w stronę Balsory.

Chińczyk do swego siodła przytroczył olbrzymi kufer po brzegi napełniony lupami. Kufer ten tamował bieg konia i z tego powodu przybyliśmy do Balsory dopiero wieczorem, na pięć minut przed odejściem okrętu, który właśnie stał w porcie. Pierwszy zeskoczyłem z konia i wbiegłem na pokład. Za mną wygramolił się Chińczyk z kufrem na plecach. Wuj Tarabuk zwlekał z niewiadomej mi przyczyny. Ponieważ okręt lada chwila mógł odbić od brzegu, obejrzałem się niespokojnie, aby zobaczyć, co się dzieje z wujem Tarabukiem.

Wuj stał na brzegu i przyglądał się falom, z których wyłonił się nagle Diabeł Morski.

Diabeł trzymał w pysku nieszczęsny list i podawał go wujowi. Czytelnik zapewne przypomina sobie, iż list ów był pisany na świstku papieru, którego jedna strona zawierała jakiś dawny wiersz wuja Tarabuka. Przebiegły Diabeł podał wujowi list tą właśnie stroną, gdzie świetniał wspomniany wiersz. Wuj poznał charakter swego pisma i wyciągnął radośnie dłoń, aby pochwycić rękopis.

- Wuju! - krzyknąłem z rozpaczą. - Nie bierz tego rękopisu!

- To mój rękopis! - odpowiedział wuj. - Mój cudowny wiersz, który niegdyś w morzu utonął! Błogosławiony potwór, który mi zwraca tak drogocenną zgubę!

Wuj pochwycił rękopis i wbiegł na pokład, zwycięsko potrząsając listem diabelskim.

Diabeł tymczasem zniknął w falach morskich. Rozpacz moja nie miała granic! Przeklęty Diabeł znów obarczył okręt swym listem, wróżącym klęskę i nieszczęście! Marynarze nie spostrzegli tego, co się stało. Okręt już odbijał od brzegu. Na wuja nikt tymczasem nie zwrócił uwagi. Zmierzch wieczorny przesłaniał jego postać oraz list, którym zwycięsko potrząsał.

Co tchu pobiegłem do wuja i szepnąłem:

- Wrzuć ten list z powrotem do morza!

- Nie głupim! - odpowiedział wuj. - Jedyna to pamiątka z owych czasów, gdym nad morzem, na składanym stoliku wiersze pisywał.

- Wuju - szepnąłem znowu głosem zrozpaczonym - błagam cię, schowaj przynajmniej ten list do kieszeni, ponieważ jest to list Diabła Morskiego. Nie wiesz nawet, jaka odpowiedzialność spada na ciebie za ów świstek papieru!

Pomimo moich błagań i nalegań wuj triumfująco wzniósł ku górze ów nieszczęsny świstek i zawołał:

- Nie schowam go do kieszeni dopóty, dopóki nie odczytam mego utworu, który już zapomniałem. Największą dla mnie rozkoszą jest przypomnienie zapomnianego wiersza.

I wuj zaczął powoli odczytywać swój dawny wiersz. Przerażenie przenikało na wskroś całą moją istotę. Załoga z łatwością mogła spostrzec w ręku wuja list diabelski. Przerażenie moje wzmogło się w chwili, gdym nagle ujrzał, że jeden ze starych i wytrawnych marynarzy przechodząc obok wuja rzucił badawcze spojrzenie na świstek papieru. Znienawidziłem w tej chwili wuja Tarabuka za jego obłędny upór, który stał się źródłem naszych nieszczęść.

Stary i wytrawny marynarz poznał od razu charakter pisma diabelskiego, ponieważ wuj, zaczytany w swym wierszu, wystawił na widok publiczny tę stronę świstka, na której znajdował się list Diabła Morskiego.

- A to co? - zawołał stary i wytrawny marynarz dotykając listu palcem wskazującym. - List Diabła Morskiego na naszym okręcie?

Wuj Tarabuk dumnie spojrzał na marynarza.

- Nie przeszkadzaj mi czytać, stary marynarzu - rzekł głosem uroczystym.

Zmierzch wieczorny przesłaniał oblicze wuja tak, że marynarz w pierwszej chwili nie zauważył jego dziwacznych pozorów. Chcąc jednak dokładniej przyjrzeć się nieszczęsnemu właścicielowi diabelskiego listu, wyjął z kieszeni latarkę, zapalił ją i uniósłszy wzwyż rzucił snop światła na twarz wuja Tarabuka. Rozwidniona latarką twarz ukazała swą czarnym drukiem szczelnie pokrytą powierzchnię. Widok ten wywarł na starym marynarzu tak silne wrażenie, że znieruchomiał, osłupiał z latarnią w dłoni. Usta rozwarł na oścież, oczy wywrócił we łbie i przez chwilę trwał bez ruchu. Zapewne głos zamarł mu w piersi, bo nie uronił ani jednego słowa.

Struchlałem patrząc na tę scenę.

Chińczyk, który nie rozumiał grożącego nam niebezpieczeństwa, szepnął mi do ucha:

- Spójrz, Sindbadzie, jak uroczyście i cudownie wygląda nasz poeta w świetle latarni!

- Orangutan! - krzyknął nagle stary marynarz głosem zdławionym.

Ten okrzyk wielce obraził mego wuja.

- Jak śmiesz, zwykły śmiertelniku, nazywać mnie orangutanem! - zawołał, z góry spoglądając na marynarza. - Jestem poetą.

- Jesteś synem diablicy i orangutana! - odpowiedział marynarz z oburzeniem. - Znam ja się na takich mieszańcach!

W tej samej chwili kapitan i reszta marynarzy otoczyli kołem wuja, oświetlonego latarnią. Zadrukowana wierszami twarz wuja górowała nad przerażonym tłumem, który mu się uważnie przyglądał.

- Syn diablicy i orangutana! - wrzeszczał stary i wytrawny marynarz. - Jak śmiał potomek tak nikczemnej rasy wtargnąć na nasz pokład? Biada nam! W jego dłoni tkwi przeklęty list Diabła Morskiego! Obecność tego listu na okręcie wróży klęski i nieszczęścia. Kapitanie, radzę ci tego potwora wraz z listem wrzucić natychmiast do morza!

- Do morza! Do morza! - wrzasnęła chórem załoga.

- Nie jestem synem diablicy i orangutana, ale poetą! - zawołał dumnie wuj Tarabuk. - Precz z moich oczu, marny tłumie, który nie umie uczcić i ocenić wielkiego poety! Zamiast na klęczkach dziękować mi za moją obecność na okręcie, chcesz mnie, mamy tłumie, wrzucić do morza?

- Do morza! Do morza! - powtórzyła chórem załoga. Kilku marynarzy rzuciło się na wuja Tarabuka i pochwyciwszy za dłonie, znieruchomiło go na miejscu.

- Nie pozwolę temu człowiekowi nic złego uczynić! - zawołałem nagle, podbiegając do nieszczęsnego wuja. - Jest to mój wuj, którego żadne węzły pokrewieństwa nie łączą z diablicą lub orangutanem!

- Jest to wielki poeta i mój przyjaciel! - zawołał z kolei Chińczyk, zbliżając się do wuja.

- Tym gorzej dla was obydwóch! - odpowiedział stary i wytrawny marynarz. - Wrzucimy was z nim razem do morza!

- Do morza z nimi, do morza! - krzyknęła znowu załoga. Nie wiadomo, czym by się skończyło to smutne nieporozumienie, gdyby nagły a niespodziany wypadek nie odwrócił od nas uwagi kapitana i marynarzy. Odpłynęliśmy już na kilka mil od lądu i okręt nasz bujał na pełnym morzu.

Otaczał nas zmierzch wieczorny, który co chwila gęstniał zapowiadając noc ciemną.

W tym zmierzchu znienacka błysnęło jakieś światło purpurowe, kołyszące się na miarowo rozechwianych falach.

Światło zdawało się piętrzyć na morzu i coraz zbliżało się do naszego okrętu.

Kapitan pochwycił lunetę i spojrzał przez nią w ową purpurę.

- Baczność! - zawołał po chwili. - Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

Słowa kapitana wywarły na wszystkich znaczne wrażenie. Marynarze zapomnieli o wuju Tarabuku i o liście diabelskim. Nowe niebezpieczeństwo skupiło uwagę całej załogi. Dzięki zgrozie niespodzianego wypadku wuj Tarabuk nie został wrzucony do morza.

Pomimo ciemnoty wieczoru widzieliśmy wyraźnie kołyszący się na falach Purpurowieć. Czerwone drzewo, z którego był zbudowany, jaśniało dziwnym, szkarłatnym blaskiem niby łuna pożarna. Szkarłatne żagle gęstwiły się na wysokich masztach.

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy.

Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.

- Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! - śpiewały olbrzymki. - Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Dziewczyna - analiza i interpretacja
2  Pan Błyszczyński - analiza
3  Urszula Kochanowska - interpretacja



Komentarze: PRZYGODA SIÓDMA

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: